Z zamiłowania tworzę strony internetowe. Moje teksty mają na celu opisanie
niektórych fragmentów internetu, którego ta strona jest częścią.
Konserwatywny, pewny siebie, niekonwencjonalny - to wady czy zalety? Sprawdź!
maciej łebkowski
No nie mogę się powstrzymać, muszę dodać swoje trzy grosze do dyskusji, choć zupełnie się na tym nie znam. Po wypowiedziach Patrysa, Łukasza i Michała napiszę coś własnego, z lekko innym zabarwieniem.
Dzisiejszej nocy księżyc świeci jasno swą pełną, lub prawie pełną, tarczą, więc piszę szybko, coby zdążyć przed północą. Czuję się zobowiązany wypowiedzieć jako ekspert w temacie marketingowo-handlowym, jako że w rubryce "ocena" obok napisu "ekonomia" widnieje dumne: "3,0" (które notabene sam sobie naciągnąłem malutkim przekrętem, ale jakoś trzeba sobie radzić, prawda?), wpisane przez naszą jakże miłą panią doktor. Tą samą, która raczy zjawiać się w swoim pokoju raz w tygodniu na dwie godziny, co kusi nas, biednych studentów, do kolejnych przekrętów, ale o tym może później. Pardon, dygresja. Tak więc jako osoba wysoce wykwalifikowana i obeznana w temacie śpieszę donieść, że nasz klient, to nie jest nasz pan. A żeby przybliżyć temat musze zastosować taki żart sceniczny (erm, blogowy) zwany: szach i mat, tudzież obrócenie tematu w żart...
Zacznijmy od tego, że mądrzy ludzie doszli do takiego wniosku już wcześniej (uwaga, duże!). Ja, wzorując się na światłych umysłach, dochodzę do tego, że jedynym naszym panem powinien być nasz pracodawca. Dlaczego? Dlatego, że jak już zostało zaznaczone, pisaniem stron mogą zajmować się orangutany, grafikę robią absolwenci ASP i niestety ani jedni ani drudzy nie mają odpowiedniego przeszkolenia marketyngowego (sic!). Taki to marketingowiec jest osobą wystarczająco sprytną, aby powiedzieć klientowi: "pieprzysz głupoty" w taki sposób, aby ten ostatni odebrał to jako komplement. Tym sposobem nasz sztab dzielnych ludzi w mundurkach, erm, garniturkach, wynegocjuje mniej lub jeszcze mniej korzystne dla nas warunki i przekaże nam, no właśnie, przez naszego szefa. I spróbuj złe słowo powiedzieć to będzie, że myślisz nierozwojowo i mało elastycznie.
A jeśli już się dorobimy, jak wspomniany Shea czy Hicks, to czy będziemy w stanie odmówić Wielkiemu Klientowi (sic!). to chyba paradoks, bo skoro już jesteśmy wielcy, to wisi nam ten jeden klient, a gdyśmy maluczcy - nikt z zarządu i tak nas nie odwiedzi. No ale zejdźmy na ziemię, jako że Shea jest jeden (chyba że urodził się Dave Junior, ale nic mi o tym nie wiadomo) i to jego problem, jak spławi dużego klienta. Jeśli to do nas zapuka osoba zarządzająca deficytową w kontekście stronek WWW firmą i zarząda eglebegle, to czy będziemy w stanie odrzec, że eglebegle już niemodne? Powiem: nie. Ale powiem też: nie ma o czym pisać. Jeśli klient chce rzeczy niewykonywalnych, względnie śmiesznych, to jest mu potrzebny specjalista, ale niekoniecznie tej branży, w której szuka.
Póki płaci się za godziny, można podjąć się stworzenia zielonego eglebegle w odpowiednim wymiarze czasowym, narażając się na chorobę psychiczną lub zrezygnować z tej przygody na rzecz pięciu standardowych projektów.
Pojawiały się też głosy typu: standardy czy nie standardy. Dla mnie nie-standardy byłyby cięższe w wykonaniu, bo już zapomniałem jak się buduje layout tabelkowy. Poza tym dajmy się wykazać standardom pokazując, że nawet eglebegle można stworzyć korzystając z semantycznego kodu. 
Wracając do tematu: bez marketoidalnych zdolności nie wynegocjujemy wiele u klienta, bo klient raczej nie chce słuchać naszych technicznych wyjaśnień, nie ważne jak optymistycznie by brzmiały. Dlatego pytanie nie brzmi: "czy klient to nasz pan?", ale raczej: "nasz klient czy nasz kolega do dyskusji" czyli "czy mamy wystarczająco dużo kasy, żeby spławić klienta?". No bo, sorry, wykonujemy dzieło dla kogoś, możemy mu doradzić, jeśli coś jest niestandardowe, ale nie kłócić się o kluczowe kwestie (klient albo jest idiotą i nic nie poradzimy, albo naprawdę zna się lepiej na rzeczy od nas). Jak schemat nie odpowiada, to czas zacząć sprzedawać szablony do stron:
- Czy są zielone?
- Nieee, skończyły sie.
- To poprosze dwa niebieskie
- 34,80PLN
Żaden klient nie ucierpiał podczas pisania tej notki